MiejskiKruk-Chcesz wiedzieć co tu się dzieje? prod.MiejskiKruk feat: DjLeonidas TELEDYSK 2018; wróciłem na podwórko; Czerwin – PDW BGU 2 ft. ReTo x Nizioł x Dudek P56 x Sokół x Małach (Official Video) Firma. AGD. Filmy / Seriale / VOD. Szukaj w serwisie. Twój profil. Platforma, gdzie materiały wideo banowane na YouTube znajdują swoich odbiorców. Tak właśnie opisuje się BanBye. Nowy „polski YouTube” wolny od cenzury politycznej ma wielkie ambicje, ale na razie pozostaje niszą dla niewielkiej grupy odbiorców. Nie wiem, jak to jest, ale może zrozumiem w końcu. Życia uczę się stale, by pojąć wiedzę ojców. Co mi wiedzieć dane, to wiem nie od tak po prostu. (Po-po-po-po) Po naukę idę dalej A który film jest z cenzurą?? Bo chyba ktoś tu nie do końca rozumie pojęcia. Ja wiem, że pewnie chodzi o mniejszą lub większą ingerencję producenta ("pieniądzodawcy"), ale to nie jest Olbratowski, Skowron i Tomkowicz - ich matką RADIO, ich ciocią STAND-UP, ich dzieckiem PODCAST.Tutaj na YouTubie możecie zobaczyć tych, których codziennie sł Poród naturalny to nie to samo co poród siłami natury. Poród naturalny oznacza rezygnacje z interwencji medycznych, czyli z wywoływania skurczy, podawania leków, znieczulenia, a także z nacinania krocza czy innych zabiegów chirurgicznych. Aby poród naturalny był łatwiejszy do przejścia lekarze i położne stosują wiele metod . Wydawnictwo Pascal kontra blogerzy piszący o Gruzji. Spór o książkę autorstwa Katarzyny Pakosińskiej, która okazała się być jednym wielkim plagiatem. Wydawnictwo początkowo bagatelizuje i zamiata sprawę pod dywan. Po kilku tygodniach blogerom proponuje się kilka tysięcy złotych, w ramach zadośćuczynienia. Nie godzą się. Walczą o ideę. To tylko telegraficzny skrót nabierającej coraz większego rozpędu sprawy dotyczącej książki: „Georgialiki. Książka pakosińsko-gruzińska”. Zapraszam na rozmowę z Arturem Bińkowskim. Zacznijmy ten wywiad pozytywnie – co dobrego słychać w Gruzji? Dzisiaj wigilia prawosławnego Bożego Narodzenia. W cerkwiach Gruzji całonocne czuwanie a jutro Alilo, czyli pochód ze zwierzętami i w strojach narodowych oraz kolędowanie. Czyli czas dość radosny, a Wy na czym się teraz skupiacie? Może zamierzacie napisać jakąś książkę o Gruzji? ;-) Artur Bińkowski i Anna Janicka-Galant / Słoneczna jesień nad Morzem Czarnym. Książki cały czas piszemy… i publikujemy na bieżąco w naszym serwisie. :-) Po prostu uznaliśmy, że książki w tradycyjnym wydaniu nie do końca przystają do naszych czasów. Więcej osób czyta w internecie i częściej szuka w nim informacji. Dlatego nasze teksty układamy w tematyczne książki, które możemy szybko i w miarę potrzeby zmieniać dostosowując do naszych wyobrażeń i oczekiwań czytelników. Wasz serwis to ogromna kopalnia wiedzy o Gruzji i ostatnio stał się całkiem znany. Nawet stał się fundamentem pod książkę wydaną przez Wydawnictwo Pascal. Czy to Wasz pomysł na zmonetyzowanie pracy w Internecie? Nie, to nie nasz pomysł i byliśmy zaskoczeni znalezieniem tekstów z naszych reportaży i adaptacji toastów w książce, której nawet nie planowaliśmy czytać. Jednak trudno nazwać to fundamentem książki p. Pakosińskiej. Kiedy zaczęliśmy przeglądać książkę dokładnie dopatrzyliśmy się fragmentów znanych nam z innych źródeł, zarówno książkowych, jak i internetowych. Fundamentem książki wydaje się historia kręcenia serialu “Tańcząca z Gruzją” jednak widać wyraźnie, że p. Pakosińska nie miała za wiele materiałów i musiała je “dosztukować”. No właśnie. “Georgialiki. Książka pakosińsko-gruzińska”, bo o niej tutaj mowa, została bardzo ciepło przyjęta przez opinię publiczną i recenzentów. Teraz po upublicznieniu przez Was informacji o plagiacie, a raczej kilkudziesięciu plagiatach różnych autorów, sytuacja zaczyna robić się co najmniej niezręczna. Co na to Autorka i samo Wydawnictwo? Jesteście z nimi w kontakcie? My też w naszej recenzji napisaliśmy, że jest miła, przyjemna, w sam raz do poduszki i do polecenia dla pań, które wybierają się do Gruzji po raz pierwszy. Jednakże te kilkadziesiąt udokumentowanych plagiatów oraz kolejne podejrzane fragmenty, których nie byliśmy w stanie zweryfikować (brak dostępu do niektórych książek) psuje obraz całości. Do tego w wielu miejscach Autorka w sposób nieudolny ubarwia dialogi i wydarzenia, co stawia pod dużym znakiem zapytania ich autentyczność. Nawet w prostych, wydawałoby się, tematach czy opisach kopiuje całe frazy i wywody. Komentujemy to szerzej pod każdym przykładem w naszej galerii. Czy to kwestia pośpiechu przy pisaniu, braku pomysłów, materiałów, umiejętności, czy nadmiernej ambicji wykazania się jako “ekspert” od Gruzji? To już pytanie do Autorki. Kontakt z Wydawnictwem urwał się po wysłaniu im uwag do otrzymanej propozycji porozumienia, w którym za wypłacone nam pieniądze mieliśmy milczeć o pozostałych naruszeniach. Autorka zaś chowa się za plecami Wydawnictwa i Agentki… kontaktu bezpośredniego brak. Z dowodami potwierdzającymi plagiat nie da się dyskutować. Na portalu przedstawiliście tyle dowodów, że aż nie chce się wierzyć, że ta książka została wydrukowana. Z tego co mówisz teraz wnioskuję, że Wydawnictwo uznało Wasze zarzuty i chciało Wam zadośćuczynić finansowo. Wy tę propozycję odrzuciliście? Czego oczekujecie więc od Wydawcy? Galeria plagiatów wykrytych w książce Georgialiki wydanej przez Wydawnictwo Pascal / Fot. Artur Bińkowski Tak, Wydawnictwo zgodziło się wypłacić nam “odszkodowanie”, jednak w ramach zapłaconej kwoty mieliśmy się też zobowiązać do nie zgłaszania jakichkolwiek innych zarzutów. Dlatego nie wiemy czy było to zadośćuczynienie za naruszenie naszych praw autorskich, czy zapłata za milczenie odnośnie pozostałych plagiatów, o których od początku informowaliśmy Wydawnictwo. Chwila, chwila. Czy Wydawnictwo Pascal wypłacając Wam zadośćuczynienie, chciało też dostać od Was gwarant, że pozostałe plagiaty dotyczące innych osób, nie będą ich już dotyczyły i sprawa jest zamknięta? Tak mam to rozumieć? Tak, chciało nas zobowiązać do milczenia odnośnie pozostałych naruszeń, co w rzeczywistości wiązałoby się z zamknięciem sprawy, bo tylko my o tym mówiliśmy… po tym, jak podali do mediów, że po wnikliwej analizie 350 stron książki znaleźli te kilka fragmentów od nas, mało kto traktował poważnie nasze słowa o większej liczbie plagiatów. Wydawnictwo raczej nie spodziewało się, że ma do czynienia z takimi “wariatami”, którzy przez miesiąc będą przekopywać się przez książkę i “łowić” plagiaty. Tak, to jest jakiś gigantyczny nakład pracy – sprawdzić książkę strona po stronie szukając innych autorów, od których skopiowano treści bez ich wiedzy i użyto w celach komercyjnych. Kim oni są? To Polacy? Gruzini? Tak się składa, że Anna zna większość pozycji o Gruzji i ma świetną pamięć wzrokową. Do tego wystarczy odrobina wprawy by czytając Georgialiki wyłapać fragmenty sztucznie wplecione. Trudniej było odszukać te fragmenty w źródłach, szczególnie w książkach… te z internetu były łatwiejsze do namierzenia, dzięki wujkowi Google. ;-) Wszystkie znalezione źródła są dostępne w języku polskim… nawet fragment wzięty rzekomo przez Autorkę z „ internetu rosyjskiego„. Faworytem do “kopiuj-wklej” była Wikipedia, chociaż te “ciekawsze” kompilacje pochodziły z kilku źródeł. Artur Bińkowski i Anna Janicka-Galant / W poszukiwaniu ptakow nad jeziorem Madatapa, Dzawachetia. No dobrze. Dowody są po Waszej stronie – bez dwóch zdań, ale jedna kwestia nie daje mi spokoju. Czy naprawdę myślicie, że Katarzyna Pakosińska – osoba znana z telewizji – bardzo medialna i raczej ogarnięta w temacie praw autorskich, nagle pisząc książkę kradnie (inaczej się tego nie da nazwać) treści z Internetu? Nie wydaje Wam się, że to wygląda co najmniej na jakąś prowokację? Ta kwestia także nas intryguje i w głowie nam się nie mieści, że można w taki głupi sposób ryzykować swoim wizerunkiem. Może p. Pakosińska lub Wydawnictwo cięło po kosztach i zatrudnili licealistę? Ogarnięci w temacie praw autorskich to są Wojciech Górecki i małżeństwo Meller, w ich książkach wszystko jest zaznaczone, nawet najmniejszy cytacik i przypis. W „Georgialikach” jeden, jedyny przypis w książce również jest… ukradziony od kogoś innego. Myślę, że prawnicy Wydawnictwa Pascal i agentka Katarzyny Pakośińskiej też już powoli ogarniają temat praw autorskich, tym bardziej że to wszystko dla mnie wygląda tak, jakbyśmy mieli do czynienia z jeszcze jedną stroną w tej sprawie – tzw. pisarzem widmo (z ang. ghostwriter – osoba pisząca w imieniu i na zlecenie „autora”), bo ja naprawdę wątpię w to, że Katarzyna Pakosińska popełniłaby taki plagiat. Nie drążąc jednak już bardziej tego tematu… co zamierzacie dalej? Czekacie jeszcze na wiadomość od wydawnictwa, czy może bezpośrednio kierujecie sprawę do sądu, bo raczej wygląda mi na to, że tematu ot tak nie zostawicie? “Ślimak także zdążył na Arkę Noego…” – nam się nie spieszy. Sprawę nagłaśniamy, praktyki tępimy, coraz więcej ludzi dołącza się do piętnowania “kopiuj-wklej”. Nie chodzi tylko o Katarzynę Pakosińską czy Wydawnictwo Pascal – oni są tylko pretekstem do znacznie szerszego ruchu, protestu przeciwko nieuczciwym i odmóżdżającym praktykom. Przez wiele miesięcy mieliśmy plagę “skrytokopierów” – nie my jedni. Dajesz dobre treści do internetu to chętnych na twoją pracę jest wielu. Zapytajcie naczelnego dlaczego nie uzupełnia tak jak dawniej Wikipedii w temacie Gruzja – bo miał dość podbieraczy lekko i łatwo publikujących przewodniki, nawet bez cytowania czy uwzględnienia licencji. Mówicie np. o tym wątku? Chcecie rozpocząć w polskim Internecie szerszą dyskusję o poszanowaniu własności intelektualnej i rzetelnym pisaniu książek podróżniczych czy przewodników turystycznych? To jeden z przypadków, który mamy “na oku”, ale nie jedyny. Tak – chcemy dyskusji i zmian w świadomości. Wymiana myśli i korzystanie z dorobku innych – jak najbardziej. Jednak przy równoczesnym poszanowaniu pracy innych… chcesz skorzystać – spytaj, podaj autora, zrób to zgodnie z prawem i licencją, które może idealne nie są, ale jednak stanowią jakąś formę umowy społecznej. Blogerom, właścicielom witryn firmowych dajemy po łapach, informujemy, że “nasz kawałek im się zaplątał” i mają usunąć, właściwie opisać itd. To wszystko brzmi bardzo idealistycznie. Tylko to trochę jak walka z wiatrakami, ale de facto też jedyna możliwa droga do uświadamiania problemu. Wracając jednak do wątku głównego – co może teraz zrobić Wydawnictwo Pascal, aby zażegnać rosnący z każdym dniem kryzys w sprawie książki „Georgialiki”? Kropla drąży skałę… :-) Co może zrobić Wydawnictwo? Podejść do sprawy odpowiedzialnie i uczciwie… porozmawiać poważnie z Autorką, wstrzymać sprzedaż książki, przeprosić publicznie wszystkich autorów i czytelników… w liście otwartym napisaliśmy to szerzej. W takim razie życzę Wam powodzenia w szerzeniu świadomości z zakresu praw autorskich i do zobaczenia gdzieś w Gruzji :) Mamy nadzieję, że w tę akcję szerzenia świadomości włączą się też inni. A w Gruzji jesteśmy jeszcze przez kolejny rok, więc jest duża szansa. :-) Lista plagiatów „kartka po kartce” znajduje się tutaj – uwaga jest to szokujące. Zasady dobrego dziennikarstwa obowiązują także blogerów, więc próbowałem dowiedzieć się, jakie jest oficjalne stanowisko wydawnictwa Pascal w tej sprawie. Niestety dwie próby telefoniczne spełzły na niczym. Osoba, która dzisiaj ( odebrała telefon rzecznika prasowego utrzymuje, że Wydawnictwo Pascal oraz Autorka ciągle pracują nad wspólnym komunikatem prasowym. Ponoć ma być on znany jutro. Dzwoniąc w sobotę usłyszałem, że będzie znany we wtorek, czyli dzisiaj. Rozmawiał Andrzej Budnik Artur Bińkowski o sobie: Propagator świadomego życia i otwartej komunikacji w duchu porozumienia bez przemocy, poszukiwacz alternatywnych rozwiązań, idealista-pragmatyk, zwolennik swobodnego dostępu do informacji i technologii oraz życia zgodnie z własnym rytmem. Zawodowo informatyk i projektant stron internetowych, fotoreporter, grafik komputerowy, freelancer, life coach. Sporo swojego czasu poświęcam projektom własnym, które realizuję w myśl zasady „jeśli już coś robisz, rób to najlepiej jak potrafisz” w danej chwili. Współautor serwisu kulturowo-etnograficznego Oblicza Gruzji. Technologie internetowe pozwalające na rozproszony hosting wideoistnieją nie od dzisiaj, wszystkie jednak miały podstawową za trudne w użyciu dla zwykłego użytkownika, któryprzyzwyczajony do YouTube chce móc wejść na stronę internetową,kliknąć, zobaczyć film, ewentualnie wgrać przez prosty formularzswój własny film (np. ze smartfonu) – i to wszystko bezkonieczności instalowania jakiegokolwiek dodatkowego taki serwis może wyjść poza niszę geeków. Takim właśnieserwisem wydaje się być który powstał w odpowiedzina cenzorskie zapędy Google’a i obiecuje swoim użytkownikomprawdziwą wolność regulacje YouTube nie wzięły się znikąd. To poprostu biznes. Większość reklamodawców, szczególnie tychamerykańskich, nie chce mieć nic wspólnego z serwisem, któryemitowałby treści naruszające konserwatywną obyczajowość. Stądteż wytycznena temat tworzenia filmów odpowiednich do wyświetlania reklam,które w praktyce zamieniają YouTube w coś na kształt „telewizjifamilijnej” – widać to szczególnie w porównaniu do konkurencjitakiej jak Vimeo czy postawienie sprawy jest przede wszystkim dotkliwe dla tych,którzy postawili na rozwój swojej kariery zawodowej na YouTube,jako zawodowi vlogerzy. Tworząc ciekawe dla użytkowników treścistąpają po polu minowym – wystarczy, że moderatorzy uznają ichkanał za nieodpowiedni do wyświetlania reklam,a tracą swoje źródło dochodu. Monopolistyczna pozycja YouTubeoznacza na rynku internetowego wideo oznacza, że jeśli chcązarabiać, muszą zgiąć kark przed regulacjami reklamuje się jako przystań dla treści, które są zbyt kontrowersyjne dla YouTubeBitChute jest pierwszym takdobrze wykonanym serwisem internetowym, który chce asymetryczniekonkurować z YouTube, dając twórcom treści prostą, otwartąplatformę, w której będą mogli umieszczać swoje wideo bez obawyo interwencje cenzorów – a w przyszłości z nadzieją, że znajdąreklamodawców czy sponsorów, którzy sfinansowaliby ich unika koszmarnych kosztów infrastruktury hostingowej,wykorzystując protokół BitTorrent, a właściwie jego webowąodmianę WebTorrent– której wcześniejsze zastosowania były raczej backend serwisu jestskrajnie odmienny od YouTube, to jego interfejs zrozumie chyba każdy,kto z google’owego serwisu korzystał. Podobny system kanałów,komentarzy, kontrolek wideo, liczników wyświetleń, możliwościgłosowania i udostępniania – właściwie jedynym, co tuprzypomina, że mamy do czynienia z systemem P2P jest pasekinformujący o liczbie peerów udostępniających właśnie wideo,oraz dane na temat szybkości pobierania i wysyłania, oraz ilościprzesłanych szczególnie ważne, wgraneprzez BitChute wideo jest od serwisu niezależne – działa jakkażdy inny torrent, może być indeksowane przez inne strony,funkcjonując w ramach całkowicie rozproszonego Internetu. Wartościądodaną jest tu system komentarzy, kanałów i oczywiście łatwośćumieszczania własnych materiałów – przynajmniej dla partnerówserwisu, którzy otrzymali testowo dostęp do wgrywania wideo. Wnajbliższych miesiącach ma to jednak zostać udostępnione podkreślić, że BitChutebardzo młody projekt – uruchomiono go 23 grudnia zeszłego stycznia miał 100 zarejestrowanych użytkowników. 15 stycznia –1000. W chwili pisania tego tekstu jest ich 3360. Cóż to jest wporównaniu do miliarda internautów korzystających z YouTube,prawda? A jednak uczestnicząc w tworzeniu własnych mediów,niezależnych od mainstreamowych wytycznych, jesteśmy w stanieocalić się przed największym zagrożeniem, którym dziś wcale niejest cenzura rządów, lecz nieregulowana niczym cenzura wielkichkorporacji. Korporacyjne serwisy social media, na czele z YouTube czyFacebookiem, nie podlegają prawu prasowemu, nie odpowiadają przedwyborcami, a zarazem całkowicie przejęły nasze sposobykomunikowania się, mogąc w każdej chwili z tej komunikacjiwykluczyć niepodobające się im treści – co przecieżniejednokrotnie koniec trzeba odpowiedzieć napytanie, co z monetyzacją tych hostowanych przez WebTorrenta treści?Póki co pieniędzy tu oczywiście nie ma, reklamodawców tu nie ma,choć założyciele serwisu zapowiadają, że prowadzą prace nadpołączoną z ich serwisem platformą reklamową, jak równieżpłatnościami realizowanymi przez sieć zapraszamy nastronę Recenzja zawiera treści krytyczne dotyczące książki „Historia Bez Cenzury” W. Drewniaka wraz z zaoraniem warsztatu pracy autora. Jeśli jest to dla Ciebie poważny problem, bo jesteś fanboyem „Historii Bez Cenzury” zrezygnuj z dalszego czytania…, chociaż pewnie będziesz żałować. Nikomu nie trzeba specjalnie przedstawiać video-projektu „Historia bez cenzury” (dalej: HBC), bo jest już uznaną formą popularyzowania historii w niekonwencjonalny i frywolny sposób – ucząc bawiąc (prawie 400 tys. subskrypcji w serwisie YouTube – stan na 19 grudnia 2016 r.). Można się też pośmiać z samego prowadzącego, i jego „zabawnych” i często nieuprawionych skrótów myślowych. Niedawno frontman HBC, czyli Wojciech Drewniak wydał książkę o takim samym tytule jak prowadzony przez niego program internetowy. Książka zawiera wstęp autorski (s. 11–15), dziesięć rozdziałów, będącymi biogramami królów, władców i przywódców Polski (s. 17–280), indeks tematyczny (s. 281–286) oraz indeks nazwisk (s. 287–301). We wstępie noszący tytuł Po co? Na co? Dlaczego? W. Drewniak przedstawia swój wykład na temat metodologii badania i przedstawiania historii: Bo w Historii Bez Cenzury pokazujemy, że można inaczej opowiadać o historii. Daty? Kogo to obchodzi. Co to za różnica, czy bitwa pod Grunwaldem była w 1409, 1410 czy 1411? Ważne jest, że mogła odbyć się dopiero po śmierci Jadwigi, bo za jej życia wielki Jagiełło był pantoflarzem (s. 12). Napisał to zawodowy historyk, który ukończył Uniwersytet Marii Cuire-Skłodowskiej w Lublinie. No tak, po co historykowi chronologia, przecież bitwa pod Grunwaldem mogła odbyć się, dajmy na to w 1111 roku, a walczyć mogli na lasery dając sobie wzajemnie sygnał do ataku KOD-owskimi wuwuzelami. O ile możemy się zgodzić, że ważne jest w historii zrozumienie przyczyn i orientacji geopolitycznej w której osadzone się dane wydarzenie, tak nie ma zgody na upraszczanie i lekceważenie chronologii w badaniach historycznych. Skoro W. Drewniak uważa, że daty w historii nie są ważne, to dlaczego nie napisze książki historycznej bez dat? Dlaczego w takim razie w dalszej części swojej pracy tak ochoczo i często przytacza daty roczne i dzienne? Przecież kogo to obchodzi? Do sprawy rzekomego pantoflarstwa Jagiełły wrócimy później. Przytoczone wyżej zdanie jest tak absurdalne, jak następne: Polityka to tylko dość rozległy efekt uboczny trzech rzeczy, które zawsze pociągały ludzi: seksu, pieniędzy i przemocy. To one decydowały o losach świata i gdyby nie one, to nie byłoby bitew, wojen i traktatów pokojowych. Jasne, że mówienie na szkolnych lekcjach o seksie jest wstydliwe, ryzykowne i zamiast tego lepiej zasypać biednych uczniów wiadrem dat i postanowień pokojowych. Ale efekt jest taki, że mówi się o efektach ubocznych, a nie o przyczynach, które nie dość, że są ważniejsze, to dodatkowo jeszcze – dużo ciekawsze (s. 12–13). Tak jak napisaliśmy wyżej, zgadzamy się z tym, że ważne jest poznanie przyczyn danego wydarzenia, ale w takim razie co autor proponuje w zakresie reformy szkolnictwa? Tego już nie wyjaśnia. Nauka historii w szkołach to poważny problem. Oczywiście jest wielu historyków, którzy „zabijają” ciekawość w uczniach, przez swoje metody nauczania przytoczone przez W. Drewniaka. Tacy nauczyciele zasługują jedynie na wyrzucenie na zbity pysk ze szkoły z zakazem wykonywania zawodu. Jest też mnóstwo nauczycieli, którzy opowiadają o historii z pasją i ciekawością. To nie jest prosty problem do rozwiązania, zwłaszcza, że nauczyciel w szkole ma 45 minut na przeprowadzenie lekcji, w tym czasie musi sprawdzić obecność, odwalić inne biurokratyczne bzdety, a jeszcze często użerać się z uczniami, którzy przeszkadzają w sprawnym przeprowadzeniu lekcji. Nie wiadomo jakie doświadczenia w tym zakresie ma W. Drewniak, ale raczej nigdy nie pracował jako nauczyciel. Nic na to nie poradzimy, że uczniowie zalewani są datami czy postanowieniami pokojowymi. Tak samo jak zalewani są spisem lektur do przeczytania na języku polskim, czy wzorami na matematyce, które są niezbędne do poprawnego obliczenia jakiegoś zadania. To co? Może zlikwidujmy najlepiej szkoły i uczmy się na Uniwersytecie YouTube? Dalej, autor pisze o szalonej przyjemności pokazywania w HBC historii jako rozrywki i czymś co jest powodem do dumy pod warstwą podręcznikowych bredni. Hm, ciekawe. A co jeśli udowodnimy, że w swojej książce W. Drewniak również napisał bzdury? W Historii Bez Cenzury rzucamy widzom esencję – najważniejsze kwestie, które mają rozbawić, przekazać wiedzę, ale na bank nie są w stanie wyczerpać tematu. Nie da się w piętnastominutowym odcinku opowiedzieć o jakimś władcy od początku do końca. Wiele ciekawych i ważnych rzeczy musimy sobie darować, żeby odcinek nie trwa dwie godziny, bo kto miałby czas to oglądać? […] Rozwinąłem pięć biografii władców, o których zrobiliśmy odcinki HBC, o cały wagon fantastycznych ciekawostek, ale co jest jeszcze większą atrakcją – znajdziecie tutaj pięć zupełnie nowych, szerokich biografii gości, o których codziennie prosicie w komentarzach czy prywatnych wiadomościach, których dostajemy nieziemskie ilości (s. 14). Czyli autor deklaruje, że wyczerpująco opisze biogramy postaci historycznych, nie napisał jednak jaki jest klucz doboru, dlaczego akurat tych „gości”, a nie innych wybrał do opisu. To, że W. Drewniak napisze, że książka w części to rozwinięcie odcinków HBC, nic czytelnikowi nie mówi. Na podstawie tego co autor zawarł we wstępnie sądzić trzeba, że książka przeznaczona jest dla czytelnika młodego, który dopiero zaczyna swoją przygodę z historią lub po prostu z historii nic nie rozumie i chce, ażeby ktoś przemówił do niego ludzkim głosem. Kolejno na stronicach swojej książki, autor opisuje biogramy z „ciekawostkami” następujących postaci: Bolesława Chrobrego (s. 17–39), Bolesława Krzywoustego (s. 41–63), Kazimierza Wielkiego (s. 65–89), Władysława Jagiełły (s. 91–113), Kazimierza Jagiellończyka (s. 115–137), Stefana Batorego (s. 139–169), Jana III Sobieskiego (s. 171–199), Augusta II Mocnego (s. 201–222), Stanisława Poniatowskiego (s. 223–247) i Józefa Piłsudskiego (s. 249–280). W. Drewniak opisuje perypetie wskazanych wyżej postaci historycznych – lekko i finezyjnie, co czyta się sprawnie. Niestety w wielu miejscach nie rozwija kwestii związanych z daną osobą, jak to postulował we wstępie książki. Autor manipuluje zapisami kronikarskimi, a fakty historyczne upraszcza, dopasowując je do swojej „luzackiej” historii Polski. Nie mamy pretensji o frywolny język, którym jest wizytówką HBC, jednak w książkowych wypowiedziach W. Drewniaka widać jego ogromną bufonadę i infantylność. Coś w stylu: „Hej, nic nie rozumiesz z historii? To wszystko wina nudnych historyków, którzy pieprzą trzy po trzy. Potrzymaj mnie piwo, opowiem Ci jak to było naprawdę, wytłumaczę ci jak debilowi, skoro nie rozumiesz podręcznikowych bredni”. Stwarza pozory osoby, która jest wszechwiedząca i arbitralnie stwierdza, która postać historyczna jest dobra, a która zła i należy ją potępić, poprzez obśmianie i przypisanie jej głupiego przezwiska. Wrócimy jeszcze do tego zagadnienia w naszej recenzji. Nie będziemy omawiać każdej bzdury, manipulacji czy mitu, który przedstawia w swojej książce Wojciech Drewniak. Niektóre z nich zostały już ukazane i zmasakrowane w innych tego typu recenzjach. Skupimy się tylko na wybranych przykładach. W rozdziale poświęconym Bolesławowi Chrobremu „luzak” Drewniak tak opisuje koronację naszego pierwszego króla Polski: O przebiegu samej koronacji niestety nie wiemy zbyt wiele, ale w księgach został jeden ślad, o którym warto wspomnieć, bo jest śmieszny jak cholera. Otóż Bolesław pod koniec życia był podobno strasznie gruby, że prawdopodobnie musiał być koronowany w pozycji siedzącej! Świadczy o tym fragment ruskiej kroniki z XII wieku, gdzie pada stwierdzenie: „Bolesław był wielki i ciężki, że ledwie na koniu mógł usiedzieć, ale bystrego umysłu” (s. 39). Jest to podanie z Powieści minionych lat, które pada pod rokiem 1018. Wskazany fragment opisuje obelgi przed bitwą Chrobrego z Rusinami. Zawodowy „historyk” Drewniak widocznie nigdy nie słyszał na studiach pojęcia „narracji topicznej”, które nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, a istniało tylko w sferze narracji (czyt. opowieści pisarza). Miała argumentować pewne zdarzenia i zachowania bohatera. W tym przypadku ruski dziejopisarz ukazuje stosowane obelgi właśnie przed bitwą. Nie wierzycie? To oddajmy głos dziejopisowi: „Był bowiem Bolesław był wielki i ciężki, że ledwie na koniu mógł usiedzieć, ale bystrego umysłu. I rzekł Bolesław do swej drużyny: jeśli wam nie wstyd tej obelgi, to ja polegnę sam. Wsiadł na koń, puścił się w bród przez rzekę a za nim wojsko jego” (edycja i przekład: Latopis Nestora, Monumenta Poloniae Historica, seria 1, t. 1, s. 691). Podsumujmy więc „hipotezę” „historyka-luzaka” Drewniaka – w cytowanym podaniu nie tylko nie ma nic o tym, że Chrobry jest gruby (co więcej wskakuje na konia). Przykład powyżej to jawna manipulacja HBC. Nic nie wiemy jaki przebieg miała koronacja Chrobrego, a twierdzenie na podstawie wyrwanego z kontekstu cytatu nie dowodzi, że przyszły pierwszy król Polski, był koronowany w pozycji siedzącej. Nie ma na to dowodu. W przypadku Bolesława Krzywoustego, irytujące jest ubolewanie, aż w trzech miejscach tego rozdziału, że nie zachowały się źródła do życia seksualnego władcy: Przecież na bank zarówno w swojej młodości, jak i później miał jakieś pikantne romanse i dziwne przygody (s. 46); Gall Anonim poskąpił nam informacji na temat życia łóżkowego Bolesława. Wielka szkoda, bo seks raczej lubił. Skąd to wiemy? Cóż, można tak podejrzewać, biorąc pod uwagę fakt, że miał 14 dzieci (s. 61). Jak napisał W. Drewniak wszystko to przez Galla Anonima Stąd nie znajdziemy o naszym bohaterze żadnych pikantnych, łóżkowych ciekawostek (s. 47). Anonimowemu kronikarzowi strasznie się dostaje w książce za fakt ukrywania domniemanych ekscesów seksualnych Krzywoustego: Gall tak strasznie ucieszył się z wygrania przetargu na zostanie kultowym kronikarzem państwa polskiego, że ze wszystkich sił starał się swoją wdzięczność okazywać w słodzeniu swojemu chlebodawcy na potęgę, co było zresztą powszechną tradycją w średniowieczu […] Gall skutecznie zadbał o to, żebyśmy dostali opis władcy praktycznie bez wad (s. 46–47). Żaden władca średniowieczny czy nowożytni nie pozwalał sobie na krytykę w pismach. Skoro Drewniak to rozumie, to dlaczego następnie o Gallu pisze per przydupas? Jest to nieuprawnione, głupie i dziecinne. Świadczy to o tym, że autor nie rozumie mechanizmów i realiów funkcjonowania w średniowieczu, zwłaszcza, że wtedy nie znano nowoczesnego aparatu historiograficznego, który jak widać nie posiadł też W. Drewniak. Nie ma praktycznie żadnych źródeł do życia seksualnego pierwszych Piastów. Jeśli autor jest łakomy na średniowieczne opowieści erotyczne polecamy lekturę zachodnich źródeł. Może coś znajdzie. Natomiast w polskiej historiografii, znany jest jeden wymyślony zapis o życiu seksualnym Bolesława Szczodrego, którego zresztą w książce W. Drewniak nazywa anachronicznie Śmiałym (winno się go nazywać Szczodrym, bo taki był jego pierwszy przydomek, nadany przez Galla). W Kronice Wielkopolskiej pojawia się zapis, jakoby Szczodry miał kopulować z kobyłą. Uspokajamy jednak rozporki autorów HBC, bo to nie prawda. Jest to wymyślona inwektywa, która wpisywała się w tradycję dziejopisarską, ukazującą Bolesława Szczodrego jako przykład złego władcy, zabójcy biskupa krakowskiego św. Stanisława. Ponadto zapis ten jest też dość późny, bo pochodzi z XIV wieku, a wcześniejsze źródła milczą o zoofilskich skłonnościach Szczodrego. Wracając jednak do książki, w biogramie Krzywoustego, autor powiela mit o rzekomej bitwie na Psim Polu: Tak właśnie doszło do legendarnego zwycięstwa Polaków na Psim Polu, po którym psy miały roznieść zwłoki pokonanych po okolicy, a Henryk miał tylko „trupy zabrać ze sobą jako trybut”. Ale wyjaśnijmy sobie: to wcale nie była jednak tak legendarna bitwa, do jakiej urosła jej legenda. Bolesław nadal szarpał wojska wroga w taki sposób, że uderzał na nie i ukrywał się w lasach, przez co Niemcy mieli problemy z aprowizacją. Tak czy inaczej, do tego wszystkiego szła jesień, mało atrakcyjna pora do prowadzenia średniowiecznych wojen, więc Henryk stwierdził, że nic tu już nie ugra i czas spadać, tym bardziej, że wszyscy Henryka w Polsce mieli dosyć, a do walk włączyli się nawet chłopi (s. 57). Żadna bitwa na Psim Polu się nie odbyła. Gall, nazywany przez „historyka” Drewniaka przydupasem nic nie pisze o takowej bitwie, w jego kronice znajduje się tylko ustęp, że cesarz podstąpił pod Wrocław, tam nic nie zyskał, tylko trupy na miejsce żywych. Jeśli bitwa ta odbyła się w 1107 r., a Gall pisał swoją kronikę w latach 1113–1116, to dlaczego nie wspomniał o żadnej takowej bitwie? Późniejsze źródła jak chociażby Kadłubka, pisana 100 lat później, nie jest w tej kwestii wiarygodna, bo o ile u Kadłubka pojawia się już triumfalne zwycięstwo Polaków na Psim Polu, tak wszystko wskazuje, że nie było żadnej bitwy, a opis podejścia pod Wrocław wojsk cesarskich został przez biskupa krakowskiego rozbudowany i powielony przez kolejnych dziejopisarzy. W rozdziale dotyczącym W. Jagiełły, Drewniak powiela kolejny mit, o tym jakoby Jadwiga powstrzymywała swojego męża Władysława przez wojną z krzyżakami (s. 107). Historia nie jest tak prosta, jak rysuje ją „historyk” z ekipy HBC. Przypomnijmy tutaj słowa ze wstępu: Kogo to obchodzi. Co to za różnica, czy bitwa pod Grunwaldem była w 1409, 1410 czy 1411? Ważne jest, że mogła odbyć się dopiero po śmierci Jadwigi, bo za jej życia wielki Jagiełło był pantoflarzem (s. 12). Jeżeli więc W. Drewniak, naczelny „historyk-popularyzator”, stwarza tak bzdurne teorie, to pytanie brzmi: po co mu był w ogóle uniwersytet i studia historyczne? W. Drewniak nie rozumie realiów i historii sporu polsko-krzyżackiego. Tak jak stronie polskiej, tak krzyżackiej zależało przede wszystkim na utrzymaniu pokoju kaliskiego (1343), ponadto Jadwiga kilkukrotnie rokowała z Krzyżakami, a ci jakby to ująć – używając języka Drewniaka – mieli ją po prostu w dupie. Jadwiga rokowała bez powodzenia oddanie stronie polskiej ziemi dobrzyńskiej z wielkim mistrzem krzyżackim (w latach 1397–1398). O ile Krzyżacy szanowali cnotliwość i wielki charakter Jadwigi, tak w grze politycznej nigdy nie traktowali jej poważnie. Śmierć Jadwigi nie przyczyniła się do wzrostu antagonizmu i wybuchu wojny z krzyżakami, bo wybuchłaby ona niemal od razu, a nie dopiero kilka lat później. Przyczyn wybuchu Wielkiej Wojny z 1409 r. należy szukać w uwarunkowaniach geopolitycznych – sytuacji na Litwie, zwłaszcza w powstaniach antykrzyżackich na Żmudzi, czy też wybór w 1407 r. na wielkiego mistrza zakonu krzyżackiego Ulryka von Jungingena, zwolennika rozstrzygnięcia konfliktów i sporów z Polską na drodze wojny. Idźmy dalej, w rozdziale o Kazimierzu Jagiellończyku, nie wiedzieć czemu, „historyk” Drewniak tak konkluduje jego panowanie: Kiedy jednak przyszedł czas, to potrafił się ze szlachtą pogodzić i wreszcie ostatecznie dobić Krzyżaków i osadzić dzieciaki na europejskich tronach (s. 137). Autor nie wie, że ostatecznie udało się „dobić” Krzyżaków za panowania Zygmunta I Starego hołdem Pruskim (1525) i sekularyzacją zakonu? Ekipa HBC sama sobie w tej kwestii przeczy. 27 października 2016 r. opublikowali na swoim kanale odcinek o Zygmuncie Starym ZOBACZ. W tym materiale pada następujące zdanie (minuta to właśnie za rządów Zygmunta, doszło do ostatecznego rozwiązania kwestii krzyżackiej. W tak oczywistej i kluczowej sprawie autor swojej książki popełnia niewybaczalny błąd. Żeby tego było mało, jako przysłowiową wisienkę na torcie, dyletant Drewniak podaje informację, że W kontekście jego [Jagiellończyka – przyp. red. SigA] wielkich dokonań aż trochę głupio napisać, że zmarł na „niemoc czerwoną”. Czyli zwykłą sraczkę (s. 137). Prawdziwego rozwolnienia można dostać podczas lektury bzdur, konfabulacji i manipulacji faktami W. Drewniaka. Pokażmy jeszcze jeden przykład bzdurnej teorii autora, wzięty z opisu panowania Stefana Batorego i słynnej sprawy Zborowskich. „Historyk” Drewniak tak opisuje to ważkie i kontrowersyjne zagadnienie: Wydawałoby się, że po takim sukcesie król będzie uwielbiany w swoim państwie, z którego przecież ponownie zrobił potęgę. E tam. W Polsce? A komu twarde rządy i niezachwiana moralność mogły przeszkadzać? Pewnie, że szlachcie. Szczególnie rodowi Zborowskich. Ta rodzina była wręcz oburzona faktem, że nie dostali żadnych zaszczytów czy choćby pieniędzy za wsparcie kandydatury Batorego przy wyborze króla. No, doprawdy bezczelny ten Stefan. Zborowscy postanowili nie ograniczać się do focha i zaplanowali zamach. Z listów, które pisali do siebie Zborowscy, wynikało, że króla planowali otruć, a Zamoyskiemu poderżnąć gardło. Poza tym listy były też pełne obelg pod adresem Stefana, a określenia „pies” czy „bałwan” były najlżejsze. Co więcej, kiedy u Zborowskich pojawił się poborca podatkowy, to go pobili, a jakby tego było mało, to skazany na wygnanie główny zwolennik zamachów – Samuel Zborowski – hulał sobie beztrosko po królestwie. Naturalnie Batory i Zamoyski o wszystkim wiedzieli i czekali na odpowiedni moment. Aż wreszcie przyszedł dzień, w którym Zamoyski złapał Samuela Zborowskiego. Jednak miał lekkie wątpliwości, czy może go tak bez sądu ściąć, no bo to niby mimo wszystko szlachcic. Zapytał więc króla, który odparł krótko” „Zabity pies już nie kąsa”. Zborowskiego ścięto ku oburzeniu szlachty, ale jednocześnie w ten sposób król jasno dał do zrozumienia, że za jego rządów nawet złota wolność ma swoje granice (s. 166). Czytelnik nie znając sprawy, może mieć błędne przeświadczenie, że byli jacyś krnąbrni Zborowscy, którzy żądali od króla wysokich posad. Nie dostali, więc planowali zamach. Batory i Zamoyski zorientowali się w sytuacji i stuknęli przywódcę spisku Samuela. Bzdura! Nie ma zgody na tak upraszczanie historii! Przede wszystkim ród Zborowskich był wpływową rodziną w Małopolsce. Odegrali znaczącą rolę polityczną podczas dwóch pierwszych zjazdów elekcyjnych (w 1573 r., i w 1575 r.). Faktycznie, byli niezadowoleni w momencie kiedy popierany przez nich na króla Batory, nie spełnił ich ambicji politycznych, a nowy władca zdecydowanie postawił na Zamoyskiego, z którym Zborowscy mieli osobiste animozje. Wielki przywódca spisku, na jakiego kreowany jest w książce Drewniaka Samuel, już za czasów rządów Henryka Walezego mocno podpadł społeczności szlacheckiej. Zabił nieumyślnie Adama Wapowskiego podczas pojedynku z Janem Tęczyńskim. S. Zborowski został skazany na banicję, a ten udał się do Siedmiogrodu, gdzie poznał… przyszłego króla Polski, Stefana Batorego. Zborowski dużo opowiadał Batoremu o specyfice politycznej Rzeczpospolitej. Gdy wybuchła wojna z Moskwą już po elekcji Batorego, Samuel służył w armii królewskiej, w której starał się o zdjęcie banicji za zasługi wojskowe. Dzisiaj, historycy uważają, że kropnięto Zborowskiego bo… za dużo wiedział. Prawdopodobnie miał wiedzę na temat przygotowywanej wojny z Turcją i coś na rzeczy jest, bo Samuel został wysłany na Sicz, gdzie uczył kozaków sztuki wojennej. Rehabilitacji się nie doczekał, bo w 1584 r. został schwytany przez Zamoyskiego w okolicy Krakowa i ścięty na Wawelu. Warto w tym miejscu wspomnieć, jak wyglądało owe zatrzymanie. Włamano się nocą do domu, w którym nocował Samuel Zborowski w drodze na powrót na emigrację (jako banta był pozbawiony praw cywilnych politycznych co wiązało się z wygnaniem), a kara śmierci dla Zborowskiego była wbrew prawu. Większość badaczy uważa, że historyjka ze spiskiem została wymyślona, w celu uspokojenia szlachty, która na wieść o okolicznościach śmierci S. Zborowskiego wywołała prawdziwą rozpierduchę w całym kraju. Dzisiejsi pseudo-posłowie blokujący mównicę i fotel marszałka, to „małe miki” w porównaniu z tym co wówczas działo się chociażby na sejmie warszawskim (1585). Skazano wówczas innego ze Zborowskich – Krzysztofa – na karę banicji. Sprawa ta zdominowała tak obrady, że sejm rozszedł się bez podjęcia uchwał. Jak widać nie trzeba upraszczać i konfabulować, bo sprawa Zborowskich to barwna i wielowątkowa sprawa, którą można ciekawie przedstawić. Podsumowując. Książka przeznaczona jest dla młodego widza-śmieszka, który śledzi filmy ekipy HBC. Dowie się z nim mnóstwa bzdur i jeszcze więcej steku bezsensownie podkoloryzowanych ciekawostek. Mankamentem pracy W. Drewniaka jest również brak bibliografii załącznikowej do książki, a więc źródeł i literatury z której korzystał pisząc swoje bzdety, lub literatury dla czytelników, jeśli chcieliby zgłębić swoją wiedzę. Autor, ma wręcz maniakalną skłonność – jak typowy gimnazjalista – do złośliwego nadawania postaciom historycznych przezwisk, jak Gall Anonim – przydupas, Zbigniew (brat Krzywoustego) – zazdrośnik, Jan Długosz – hipokryta, czy Stanisław August Poniatowski – ciota. Czytelnik może mieć również wrażenie, że w niektórych partiach tekstu W. Drewniak tłumaczy na ogół jasne sprawy i pojęcia – sugerując, że ma czytelnika za kompletnego debila historycznego. Widać też brak oczytania autora w literaturze. Książka nie ma innego celu jak wynik finansowy. Nie mamy nic przeciwko temu, aby opowiadać historię jak robi to ekipa HBC i na tym zarabiać. Tylko bez prymitywnego upraszczania, konfabulowania i manipulowania źródłami oraz faktami historycznymi. Tekst piosenki: Dwa, pięć, pomiędzy dwa zera, Wjeżdża Bez Cenzury i jest gruba afera, Wchodzę w bit jak w masło, ST. miasto, BC hasło I gwiazd światło zgasło, My! mamy dźwięk który cię kręci, Bez Cenzury nie dla dzieci, pęka słupek rtęci, Gdy Ero nawija pod wpływem, Zabijam rymem napędzanym ziołem i piwem, Siwer, Ero, Łysol pod jedną banderą, Dla tych, którzy na nas liczą i chcą czystą jazdę, Styl jak nowy merol gdy większość ma stara mazdę Nie miej mi tego za złe po prostu mówię prawdę, Aaarghh! ważę każde słowo, byś to włączał na nowo I kiwał przy tym głową, co co, zabrzmiało oldschoolowo? To tak brzmieć miało, ej czujecie to halo?!. Ref. Mówisz AA, musisz powiedzieć BC, Bez Cenzury kruszy mury, wjeżdża na twoją strefę, Raz, dwa, trzech MC i Dj, dzisiaj oficjalnie na twoim rewirze, Mówisz C i D!, musisz to gówno kupić, Spalić przy tym tonę i dobrze się upić, Skupić nad każdym wersem, BC, Ero, Łysol z Siwersem. Z warszawskiego podziemia wyjeżdża na światło, Gdy polska scena jest pełna katastrof, Zagadką BC rap faktor de facto ma moc jak jądrowy reaktor, Aktor pierwszoplanowy, wyjce upadną na dno, bagno Tak to na nich czeka, zamiast piątki to klepa, Rap to nasz sport, Ero, Łysol beczki za to, Skąd jestem pamiętam, Siwers Tgk Lokalny patriota, lokalny poeta, lojalny kolega, W czasach, gdzie liczą się cyfry I sprzedaż teraz rewanż era Bez Cenzury, Klasyk dla konesera, uderza z precyzją snajpera, Trofea do kolekcji, domena, dążenie do perfekcji, Przy tym pełny relaks, Ema!. Ref. Mówisz AA musisz powiedzieć BC, Bez Cenzury kruszy mury, wjeżdża na twoją strefę, Raz, dwa, trzech MC i Dj, dzisiaj oficjalnie na twoim rewirze, Mówisz C i D!, musisz to gówno kupić, Spalić przy tym tonę i dobrze się upić, Skupić nad każdym wersem, BC, Ero, Łysol z Siwersem. Kto daje kopa jak z gniazda prąd, każda zwrota miazga, Dla was raz, dwa trzy wokale z trzech miasta stron, Z inicjałem BC, na bit wchodzę jak na balet, z impetem! Bez ceregieli na bębnach, materiał świeży jak ciepłe kajzery, To dla mnie pewniak ziom, ten co ściemnia ze mną nie jest, Mamy najlepszy sort, większość ma samosieje, Wawa miejsce łamania prawa i pędu po trupach do kwitu, gdzie nawet krawat z urzędu zdaje sobie sprawę, Ze tutaj cenzura nie ma racji bytu, Tytuł "Klasyk", zapnij pasy, dla mnie moja droga do najlepszej passy, Gdy wroga czuje, on ma cztery króle?, Ziomal, by go pokonać nam wystarcza trzy asy, bueee!. Ref. Mówisz AA musisz powiedzieć BC, Bez Cenzury kruszy mury, wjeżdża na twoją strefę, Raz, dwa, trzech MC i Dj, dzisiaj oficjalnie na twoim rewirze, Mówisz C i D!, musisz to gówno kupić, Spalić przy tym tonę i dobrze się upić, Skupić nad każdym wersem, BC, Ero, Łysol z Siwersem. Pierwsza polska edycja powieści, która przywraca czytelnikowi możliwość zapoznania się z pierwotną, autorską postacią tekstu. O tym jak bardzo Tyrmandowi zależało na udostępnieniu czytelnikom Filipa w oryginalnej postaci, niech świadczy fakt, iż honorarium autorskie opiewało na jednego dolara. To jest moja ukochana książka, najlepsza, jaką napisałem po polsku, najlepsza moja powieść, gdzie chyba udało mi się zsyntetyzować najważniejsze sprawy z mojego życia. To jest moja spowiedź pisarska. Leopold Tyrmand Dziś, po sześćdziesięciu dwu latach od polskiego pierwodruku i trzydziestu sześciu latach od wydania amerykańskiego, ukazuje się utwór, którego tekst jest najbardziej zbliżony do pierwotnego zamysłu autora. Dzięki przeprowadzonemu kolacjonowaniu wydań możliwe było przywrócenie słów, fraz oraz całych akapitów usuniętych przez strażników komunistycznego reżimu, co – jak wierzę – sprawi, że urodzi się ona dla literackiej publiczności na nowo. Dariusz Pachocki Sprzedawane przez nas książki elektroniczne zabezpieczane są kodem zabezpieczającym, popularnie zwanym watermarkiem. Watermark jest to zabezpieczenie pliku polegające na jego oznaczeniu wewnątrz treści unikalnym ciągiem znaków, co umożliwia wskazanie transakcji Użytkownika. Jest to wygodne dla użytkownika zabezpieczenie nie wymagające instalacji dodatkowego oprogramowania obsługującego taki plik. Przykładowe e-czytniki z funkcją e-papieru obsługujące sprzedawane przez nas pliki: np. PocketBook, Kindle, Onyx, Nook, eClicto. Przykładowe programy obsługujące sprzedawane przez nas pliki: tablety: iPad, tablety z systemem Android czy Windows; oprogramowanie: iBooks – iPad; Amazon – Kindle; Moon + Reader, FBReader, Aldiko smartphony, oprogramowanie iBooks – iPad; Amazon – Kindle; Moon + Reader, FBReader, Aldiko komputery: Calibre, Adobe Digital Edition, FBReader, Amazon Kindle. Zamieszczenie recenzji nie wymaga logowania. Sklep nie prowadzi weryfikacji, czy autorzy recenzji nabyli lub użytkowali dany produkt.

co to znaczy bez cenzury